Proszę o niewykorzystywanie treści bez mojej zgody.
Córa Neptuna
Wyobraź sobie okrągły stół i sto pięćdziesiąt krzeseł ustawionych na skalistym wybrzeżu podmywanym niecierpliwym, szalonym oceanem Atlantyckim. Dookoła stołu sto pięćdziesiąt pionowo ustawionych – brutalnie je mianując – kamoli. Na blacie połyskuje dwanaście talerzy ozdobionych charakterystycznymi triskelami. Spomiędzy piany morskiej, niczym południowa Wenus, wyłania się bliżej nieokreślone bóstwo. Niczym zwykły śmiertelnik wesoło podbiega do stołu i zza poły swego płaszcza wyciąga... naleśniki. Wtem pojawia się on – sam król Artur. W eterze słychać jedynie jego gromki śmiech i zawołanie: „Cydru! Cydru lejcie!”. Spomiędzy okolicznych drzew wyłania się czworo druidów i serwuje przepyszny trunek, doprawiając go liśćmi jemioły. Słychać stukot zbroi. Tak! To nadciąga sir Lancelot i pozostali, a każdy z nich trzyma w dłoni kij, na którego końcu powiewa materiał, a na nim: pięć czarnych pasów, cztery białe i jedenaście symbolicznych ogonów gronostaja. To co, że flaga ta powstała dopiero w 1925, sir Lancelot w literaturze pojawia się w wieku XII, a Celtowie zawędrowali do Bretanii w V stuleciu? Przecież to kaer bro , a kaer bro musi się czymś wyróżniać. Kaer bro musi być unikalny.
W poszukiwaniu raju na Ziemi warto zajrzeć do Carnac . Wizyta ta nie może obyć się bez szumu oceanicznych fal, widoku zagadkowych menhirów i jazdy na rowerach. Poszukiwania raju zostaną niestety zakłócone – piękny horyzont stanowi (piękne) tło dla brzydkiego tłumu. To cudne miasteczko w porze letniej pęka w szwach od nadmiaru niemieckich i niderlandzkich wczasowiczów. A jednak, niczym mikołajowy worek, potrafi ich wszystkich pomieścić i zagwarantować niezapomniane wspomnienia, niekoniecznie związane z przeciskaniem się pomiędzy tłumem samozwańczych turystów. Ja „poznałam” Bretanię przede wszystkim poprzez pryzmat Carnac – nastawionego na turystów, zysk, a jednak wciąż ociekającego tradycją i swoistym, pierwotnym, smakiem. Stopień „rajowości” danego miejsca będzie zależał od pewnych wyznaczników, zaś wyznaczniki te będą się różniły w zależności od wyznaczającego. Według mnie są trzy warunki, które ziemski Eden powinien spełniać. A gdzie szukać raju, jeśli nie na końcu świata – w okolicach Finistère ?
Po pierwsze – ocean. "Ujęcia wody – zdroje i źródła, rzeki i strumienie, a więc niezbędny składnik płodności ziemi i utrzymania życia – były, jak się wydaje, ulubionymi przez Celtów miejscami kultu, a znajdowane w ich pobliżu doły i szyby miały zapewne charakter kultowy." – woda ma być jednym z trzech (obok ognia i powietrza) żywiołów czczonych przez zamieszkałych w Bretanii Celtów. Czy wyobrażamy sobie raj bez wody? Tej, która daje życie, jest potęgą, symbolizuje chaos, a przecież wszystko powstało z chaosu. W słowniku symboli Kopalińskiego pojawia się hasło: „Woda jako sprawca raju ziemskiego”, pod którym przytoczony jest fragment „Objawienia św. Jana”, w którym Chrystus pokazuje prorokowi „rzekę wody życia, jasną jak kryształ, wychodzącą ze stolicy Boga”. Niezbity dowód na zasadność wymagania „woda w raju musi być”. Wreszcie spójrzmy na falującą taflę wody – czy nie jest niezwykła? Nie uspokaja? Z drugiej strony – nie przeraża? Czy nie jest monumentalna? O jednej porze dnia ciemna, niebiesko-zielona, zwieńczona białymi bałwanami. O innej połyskliwa, spokojna, skrząca się pod wpływem promieni słonecznych. Woda – budowniczy. Klifów, plaży, zatok, marzeń. Woda – inspiracja. Woda – tajemnica.
Czy raj nie powinien skrywać tajemnicy? Być nieogarnięty, nie do końca zrozumiały i na dodatek – niemożliwy do ostatecznego zrozumienia? Kolejny wyznacznik. Tajemniczość budowana przez legendy, ludowe przekazy, silnie zakorzenione wierzenia, niewyjaśnione elementy krajobrazu. Żeby więc sprawdzić czy Bretania może pretendować do miana raju poszukajmy kryjących się w niej zagadek. Trasa rowerowa przecinająca Carnac nie powinna, nie może i w żadnym wypadku nie omija menhirów. Są to pionowo ustawione kamienie stojące w równych, równoległych i długich rzędach pośród zielonej trawy i fioletowych wrzosów. Sama nazwa wywodzi się z języka bretońskiego, w którym men – oznacza kamień, a hir – długi. Głazom tym przypisywana jest funkcja sakralna, jednak – co chyba każdy archeolog może potwierdzić – fragment wykopanego naczynia o niewiadomym przeznaczeniu zawsze zyskuje miano „naczynia sakralnego”. Tak też nie do końca znana jest rola tych celtyckich „budowli”. Obok menhirowych grządek znajdziemy kromlechy, dolmeny, tumulusy i alées couvertes – czyli po prostu przykryte aleje, rzędy pionowych menhirów z poziomymi „daszkami”. Spacerując pomiędzy tymi monumentami osiągającymi w skrajnych przypadkach nawet 6,5 m („Géant de Manio”– „Olbrzym z Manio”) można jedynie domyślać się co kierowało człowiekiem neolitu, który jakąś nadludzką siłą ustawiał kamienne rzędy. Smaczku wszystkiemu dodaje legenda według której menhiry w Carnac stoją w tak równych rzędach, ponieważ są to rzymscy legioniści zamienieni w kamienie przez klątwę św. Korneliusza...
Wreszcie – czym byłby raj bez wyśmienitej kuchni?! Na pierwszy plan wysuwają się les crêpes, albo po prostu (czyli po bretońsku) krampouezhenn – bretońskie naleśniki i cydr – alkohol ze sfermentowanych jabłek. Francuska nazwa spolszczonych krepów pochodzi od łacińskiego crispa oznaczającego „zwinięty”, a w tym wypadku zwinięte bardzo cienkie ciasto faszerowane przeróżnymi nadzieniami – od cukru po szynkę, ser, czy warzywa. Bo cóż może być przyjemniejszego od ciepłego naleśniczka wieńczącego długą rowerową podróż wśród kamieni? Bretońskich smakołyków można spróbować siedząc w jednym z wielu sympatycznych ogródków restauracyjnych – najlepiej w takim w centrum średniowiecznego miniaturowego miasteczka, w którym przechodnie obdarują nas (a może nasz talerz?) ciepłym uśmiechem, a kelner kilkoma miłymi słowami (nieważne w jakim języku, miłe słowa łatwo rozpoznać).
Wymarzone wieczory to te spędzone na ciepłym piasku podmywanym przez fale, oświetlonym zaledwie kilkoma czerwonymi promykami zachodzącego słońca. Choć w Bretanii większość plaż jest kamienista, a miejsce, w którym znika słońce zależy od wybrzeża na którym się znajdziemy, myślę, że jest to jedno z najbardziej odpowiednich miejsc do spędzania takich właśnie wieczorów. Nie wiem czy znalazłam raj, ale na pewno jest to miejsce, w którym tradycja, legendy, podania wciąż żyją. Miejsce, w którym powiewają regionalne flagi, a historia miesza się ze współczesnością. Wreszcie miejsce, które łączy w sobie piękno natury i piękno stworzone przez człowieka. Znalazłam dowody na to, że kaer bro istnieje – nie tylko w słowach bretońskiego hymnu, ale też na mapie. Znalazłam miejsce, w którym przyroda wykradła oceanowi jeszcze jeden skrawek lądu dla siebie – miejsce pośród fal, w którym mieszka córka Neptuna.
ZDJĘCIE1: Jazda na rowerze wśród menhirów. Wszystkie kolory świata. Monumentalnośc. Siła. Żywioły.
Około 5 tys. lat później człowiek wciąż poszukuje tego samego?
ZDJĘCIE2: Prosto i równolegle. Legendarni rzymscy legioniści (j.w.) zapraszają do robienia im zdjęc.
ZDJĘCIE3: Różnorakie formy kamienne: tumulusy (kurhany), aleje, dolmeny... Wszystkie skywają zagadki. Do niektórych można też wejśc, jak, np. do tego na zdjęciu. Na niektórych kamieniach (na "suficie", na ścianach) można znaleźc różne wyryte symbole (bynajmniej nie pochodzące z czasów teraźniejszych, a wykonane przez wandali, lecz te oryginalne i niewyjaśnione:))
ZDJĘCIE4: to już nie w maleńkim Carnac, ale w jeszcze mniejszym Locmariaquer. Pywatna posiadłośc (zameczek?) na skrawku lądu wcinającym się w Atlantyk. Zastanawiam się jak to wygląda podczas burzy czy sztormu?
ZDJĘCIE5: Grand Menhir Brisé - Wielki pęknięty menhir w Locmariaquer. Gdy stał mierzył 20 metrów, a ważył niemal 300 ton! W tej chwili leży "podzielony" (nie wiadomo w jaki sposób - trzęsienie ziemi? piorun? a może po prostu starośc?:)) na trzy części. Na powierzchni kamienia jeszcze zauważalny ślad po symbolu, o którym wspomniałam wcześniej - coś jakby sierp?
c.d.n











Bogusław
Zdjęcia ciekawe do tego interesujący opis. Życzę dalszych sukcesów w dziedzinie dokumentacji zwiedzanych terenów.
Pozdrawiam